Rowery elektryczne coraz śmielej wchodzą do świata zawodów kolarskich. Tyle iż razem z nimi pojawiają się pytania o uczciwość, sens rywalizacji i… granice technologii.
Nie dość iż elektryk to… w automacie! Testy Autoshift Shimano, jedzie autor tekstuRzeczywistość jest taka, iż rowery elektryczne istnieją i z każdym sezonem przestają być ciekawostką, a zaczynają być codziennością. W naturalny sposób pojawia się więc temat ich obecności na zawodach. I tu zaczyna się problem, bo wspomaganie – choćby jeżeli legalne – w głowie wielu osób przez cały czas ociera się o skojarzenia z dopingiem. Historia sportu zna przecież przypadki „mechanicznego dopingu”, a podejrzenia w tym kierunku wracają jak bumerang.
A jednocześnie rzeczywistość jest, jaka jest – coraz więcej osób ma tylko rower elektryczny i zwyczajnie chce się ścigać albo chociaż stanąć na starcie i poczuć atmosferę wydarzenia. I dobrze, iż świat imprez kolarskich zaczyna za tym nadążać. Tyle iż wraz z tym pojawiają się bardzo konkretne, często niewygodne sytuacje.

Równa rywalizacja czy technologiczna gra?
Pierwsza z nich to historia z Extreme MTB Challenge w Głuszycy. Ponad 100 kilometrów i 4000 metrów przewyższenia – dystans, który sam w sobie selekcjonuje zawodników. W klasyfikacji Open wygrał wtedy Mikołaj Jurkowlaniec, ale emocje na mecie wcale nie wynikały z walki sportowej. Jeden z uczestników startujących na elektryku rozstawił na trasie pomocników i… wymieniał aż cztery baterie, jadąc praktycznie cały czas w trybie maksymalnego wspomagania. Miał pretensje, iż mimo to nie wygrał klasyfikacji Open. To był moment, w którym teoria zderzyła się z praktyką – bo regulamin jedno, a interpretacja „równej rywalizacji” drugie.

System, który można oszukać
Drugi przykład pozostało bardziej dosadny. Rozmowa przed startem Bike Maratonu w Miękini z Bartoszem Dulem, jednym z organizatorów. Temat: zawodnicy w kategorii e-bike. I zdanie, które zostaje w głowie: „My wiemy, iż on ma ukryty przycisk i go używa, by zdjąć ograniczenie wspomagania”. W jednym zdaniu zawiera się cały problem – świadomość, iż system można oszukać, i bezradność w egzekwowaniu zasad w warunkach wyścigu.
Trzecia sytuacja to JoyRide Bike Festival w Kluszkowcach. Start dla elektryków i zawodniczka – ambasadorka jednej z marek – która na co dzień jeździ na rowerze z silnikiem TQ, znanym z bardziej „naturalnego”, ale też słabszego wspomagania. Na zawody wybiera jednak inny rower, z mocniejszym systemem. Dlaczego? Bo w ściganiu ograniczona moc przestaje być zaletą, a zaczyna być realną stratą. I nagle okazuje się, iż choćby w obrębie „tej samej kategorii” sprzęt przestaje być porównywalny.
Między wyścigiem a doświadczeniem
Czy są rozwiązania? Teoretycznie tak. Można kontrolować każdy rower przed startem, korzystać z mobilnych hamowni, sprawdzać oprogramowanie i ograniczenia wspomagania. W praktyce to jednak kosztowne, logistycznie trudne i – przy większych imprezach – zwyczajnie trudno przekładalne na rzeczywistość.
A jednocześnie nie można ignorować faktu, iż ludzie chcą uczestniczyć w takich wydarzeniach. Nie zawsze po to, żeby się ścigać. Często po prostu po to, żeby przejechać dobrze przygotowaną trasę, poczuć klimat imprezy, sprawdzić się na tle dystansu, a niekoniecznie innych zawodników.

Nowy kierunek: e-bike bez klasyfikacji
Dlatego pomysł, by w ramach cyklu Polish Bike Tour – tylko w imprezie Wybrzeże 500 – dopuścić rowery elektryczne w formule bez klasyfikacji, wydaje się sensowny. Znika presja wyniku, znika problem „kto wygrał”, a zostaje to, co dla wielu jest najważniejsze: doświadczenie. Wspomaganie przestaje być przewagą, a zaczyna być narzędziem, które otwiera drzwi do tej samej przygody.
Bo prawda jest taka, iż dla części osób e-bike to wejście do świata długich dystansów. Dla innych – jedyna realna opcja, żeby w ogóle stanąć na starcie. I może właśnie w tym kierunku to pójdzie: mniej ścigania za wszelką cenę, więcej świadomego uczestnictwa.
I tu pojawia się pytanie do Was. Czy Waszym głównym rowerem jest dziś elektryk? I czy myślicie o tym, żeby pojawić się na nim na linii startowej? A może właśnie takie inicjatywy jak Wybrzeże 500 – bez klasyfikacji, ale z klimatem ultra – są dla Was bardziej interesujące niż klasyczny wyścig?
Za stroną PBT: „Wybrzeże 500 to nie wyścig, tylko czysta esencja bikepackingu. Bez pomiaru czasu i klasyfikacji – jedziesz we własnym tempie, zatrzymujesz się, kiedy chcesz, i chłoniesz trasę zamiast się ścigać.”
Na imprezę, która startuje 8 sierpnia i jedzie ze Szczecina do Sopotu, możecie zapisać się tutaj – polishbiketour.pl/wydarzenia/wybrzeze-500-szczecin-sopot-08-08-2026
Tekst: Grzegorz Radziwonowski, zdjęcia: Dan Milner, Grzegorz Radziwonowski






