
W 2007 roku siedziałem z grupą pasjonatów i tłumaczyliśmy iOS – wtedy jeszcze nazywany iPhone OS – na język polski. Nikt nam za to nie płacił. Nikt nas o to nie prosił. Robiliśmy to, bo chcieliśmy. Tak działał internet, który kochałem.
Dziś tamten internet nie istnieje. I wcale nie chodzi o nostalgię boomera. Chodzi o to, iż straciliśmy coś, czego nie umiemy choćby dobrze nazwać.
Przyszli tu wszyscy
Internet przez lata był dla entuzjastów. Trzeba było chcieć, umieć, rozumieć. Konfigurowanie dial-upa by w ogóle się włączyć, FTP, dyskusje na forach internetowych – to był naturalny filtr. Nie elitarny filtr w złym sensie – każdy mógł wejść do sieci, ale każdy wchodził w pełni świadomie. I przychodził po coś.
Dziś internet jest jak centrum handlowe. Jest tu każdy – dosłownie każdy – z bagażem własnych emocji, uprzedzeń, frustracji i potrzeby bycia zauważonym. Centrum handlowe rządzi się innymi prawami niż biblioteka. prawda? No więc internet dla mas również rządzi się innymi prawami niż internet dla entuzjastów.
Czytaj także:
I adekwatnie nie możemy mieć o to pretensji do nikogo – to w końcu dokładna realizacja postmodernistycznej wizji z lat 70 ubiegłego wieku: demokratyzacja głosu, koniec hierarchii wiedzy, każdy ma prawo mówić i każdy głos jest równie ważny. Lyotard, Baudrillard, Foucault – marzyli o obaleniu autorytetów i końcu wielkich narracji. Internet spełnił to marzenie co do joty. Tyle iż nikt wtedy nie przewidział algorytmów, które w tym równym prawie głosu nagradzają nie mądrość, ale głupotę i krzyk.
Anonimowość w sieci zniszczyła wszystko
Był taki czas, gdy nikt w internecie nie wiedział, iż jesteś psem. Pamiętacie ten kultowy rysunek z New Yorkera z 1993 r. — pies przy komputerze, podpis: „On the internet, nobody knows you’re a dog”?

Dziś ten mem ma smutne drugie dno. Bo w internecie nie tylko nie wiadomo, iż jesteś psem. Nie wiadomo przede wszystkim, czy jesteś człowiekiem.
Według najnowszego raportu Imperva z 2026 r., zautomatyzowany ruch botów stanowi ponad 53 proc. całego ruchu w internecie. Aktywność ludzi spadła do 47 proc. i przez cały czas maleje.
Pomyślmy o tym przez chwilę. Większość „rozmów” toczących się w internecie to maszyny rozmawiające z maszynami. Większość „reakcji” pod postami to automaty reagujące na automaty. Większość „opinii” w komentarzach – to skrypty udające ludzi. jeżeli widzisz w komentarzach pod artykułem politycznym falę oburzenia – są duże szanse, iż znaczna jej część nie pochodzi od żadnego człowieka.
Czytaj także:
Anonimowość miała nas wyzwolić. W praktyce stworzyła idealne warunki dla manipulacji na skalę przemysłową.
Zabiliśmy rozmowę w sieci
Był taki internet, gdzie ludzie pisali blogi. Nie po to, żeby budować „markę osobistą”. Pisali, bo mieli coś do powiedzenia. Linkował do ciebie ktoś inny, ty linkowałeś do niego, wywiązywała się rozmowa rozciągnięta w czasie i przestrzeni – między ludźmi, których nigdy nie spotkałeś, ale których myśli znałeś lepiej niż niejednego znajomego.
Ta blogosfera umarła. Nie zabiły jej złe intencje – zabił ją Facebook i Twitter, które obiecały większy zasięg za krótszy format. Dotrzymały obietnicy, oj dotrzymały. Ale wymiana myśli zniknęła razem z długością formatu. Tweet nie uniesie bowiem argumentu. Rolka na Instagramie nie uniesie niuansu, a TikTok złożoności tematu.
Czytaj także:
Co zostało? Wojny plemienne. X – dawny Twitter — to dziś jedno wielkie pole bitwy, gdzie strony rzucają w siebie skrótami myślowymi nazywanymi argumentami. Elon Musk kupił platformę zaprojektowaną do maksymalizacji zaangażowania i zamienił ją w platformę do maksymalizacji konfliktu. Ruch AI na X rośnie w tempie setek procent rocznie — boty dokładają paliwo do każdego pożaru, który człowiek zdąży wzniecić.
Wiedza przestała się liczyć
Był taki internet, gdzie autorytet zdobywało się kompetencjami. Twój blog o Linuksie był czytany, bo naprawdę znałeś Linuksa. Twoje forum o fotografii było szanowane, bo robiłeś dobre zdjęcia. Wiedza, doświadczenie, umiejętności – to była internetowa waluta.
Dziś walutą jest uwaga. A uwagę zdobywa się nie wiedzą, ale ekstremizmem, kontrowersją, freakostwem. Algorytmy nagradzają to, co zatrzymuje przewijanie palca – a zatrzymuje je coraz szybciej i coraz bardziej krzykliwe bodźce. Influencer bez żadnej specjalnej wiedzy o czymkolwiek, za to z odpowiednią twarzą i odpowiednio głośną tezą, dotrze do milionów. Ekspert z 30 latami doświadczenia napisze coś długiego i trudnego i dotrze do dziesięciu osób.
Czego mi brakuje. I czego pewnie już nie odzyskam
Brakuje mi internetu, gdzie można było trafić na czyjś blog o astrofizyce prowadzony przez pasjonata z Poznania – tylko dlatego, iż ktoś gdzieś linkował. Brakuje mi forów, gdzie pytanie „jak to działa?” spotykało się z odpowiedzią, nie z reklamą i nie z odpowiedzią wygenerowaną przez AI. Brakuje mi poczucia, iż po drugiej stronie ekranu jest człowiek, który też czegoś szuka – nie bot, nie algorytm, nie ktoś kto chce mi sprzedać kurs online.
Czytaj także:
Internet, który znałem, był narzędziem rozszerzającym ciekawość. Internet, który mamy dziś, jest narzędziem zarządzającym uwagą. Różnica jest fundamentalna.
Czy da się to odwrócić? Szczerze wątpię. Bo internet kiedyś był tym, czym my go robiliśmy, a dziś robią go głównie algorytmy.
I boty.














