Drony paraliżują europejskie lotnisko. 28 groźnych incydentów w pół roku

konto.spidersweb.pl 1 godzina temu

Drony coraz częściej pojawiają się przy lotniskach. Na lotnisku Berlin Brandenburg ruszył system mający wcześniej wykrywać niebezpieczne obiekty.

28 wykrytych dronów tylko w ciągu pół roku. Aż 7 przerw w ruchu lotniczym i kolejny alarm, który niedawno zamknął całe lotnisko na 45 minut. Berlin Brandenburg stał się niemieckim rekordzistą pod względem liczby takich incydentów. Niemcy uznali, iż samo reagowanie po zgłoszeniu pilota albo pracownika lotniska już nie wystarcza. Na BER właśnie ruszył nowy system, który ma możliwie wcześnie wychwytywać bezzałogowce zbliżające się do tras startów i lądowań.

28 dronów w pół roku. To gruba przesada

Tylko w pierwszej połowie 2026 r. niemiecka kontrola ruchu lotniczego zarejestrowała na BER 28 przypadków zauważenia dronów. To więcej niż na jakimkolwiek innym lotnisku w kraju. Frankfurt znalazł się tuż za Berlinem z 27 zgłoszeniami. W siedmiu przypadkach obecność bezzałogowca była na tyle poważna, iż ruch lotniczy trzeba było czasowo wstrzymać. Dla porównania, przez cały 2025 r. na BER i w jego szerszym otoczeniu zarejestrowano osiem takich zdarzeń.

Już wcześniej wskazywano, iż część wzrostu może wynikać z lepszej detekcji. Bundespolizei uruchomiła w 2026 r. własne rozwiązanie pozwalające skuteczniej zauważać małe obiekty. Tyle iż choćby jeżeli część skoku w statystykach wynika z lepszych czujników, konsekwencje są jak najbardziej realne.

W ubiegłym roku drony potrafiły całkowicie sparaliżować lotnisko Berlin Brandenburg. Wtedy przez blisko dwie godziny niemożliwe były starty i lądowania, a samoloty przekierowywano do innych portów. Historia właśnie się powtórzyła.

Dokładnie 23 września wieczorem przy BER ponownie zauważono drona. Najpierw zamknięto północny pas, a niedługo później również południowy. Przez około 45 minut cały ruch lotniczy został wstrzymany. Część samolotów musiała polecieć na inne lotniska, m.in. do Drezna. Dopiero po zakończeniu alarmu starty i lądowania zostały wznowione.

Z punktu widzenia lotniska problem jest wręcz paskudny, bo nie trzeba choćby ataku. Wystarczy mały bezzałogowiec w niewłaściwym miejscu. Kontrolerzy nie mogą zakładać, iż operator zaraz odleci albo iż niewielka maszyna nie znajdzie się na kursie samolotu pasażerskiego.

Jeżeli ryzyka nie da się wystarczająco gwałtownie ocenić, to najbezpieczniejszym rozwiązaniem może być zatrzymanie ruchu. A to oznacza opóźnienia, przekierowania maszyn, zużyte paliwo i efekt domina rozlewający się później na siatkę połączeń. O tym, dlaczego drony stały się tak dużym problemem dla lotnisk i dlaczego wokół ich wykrywania powstał już ogromny rynek, pisaliśmy szerzej na Spider’s Web już wcześniej. Berlin właśnie dostał kolejny element takiej ochrony.

System zobaczy drona. Nie będzie jednak do niego strzelać

Nowe rozwiązanie uruchomiła Deutsche Flugsicherung, czyli niemiecka kontrola ruchu lotniczego. System obserwuje strefy podejścia i odlotu z BER i ma możliwie wcześnie wykrywać znajdujące się tam drony. Po wykryciu obiektu informacje mają trafiać do adekwatnych służb. Chodzi o to, żeby nie opierać całej procedury na telefonie od świadka, pilota czy pracownika wieży, ale jak najszybciej dostać dane pozwalające ustalić, gdzie jest obiekt i czy stanowi zagrożenie.

System antydronowy w tym przypadku to nie jest jednak zbyt trafne określenie. BER nie dostał automatycznej broni, która po wykryciu drona natychmiast go zagłuszy albo strąci. DFS odpowiada przede wszystkim za detekcję. Decyzję o ewentualnym przeciwdziałaniu podejmują odpowiednie służby bezpieczeństwa. Na cywilnym lotnisku samo wykrycie drona jest relatywnie prostszą częścią problemu. Znacznie trudniejsze staje się bezpieczne usunięcie intruza.

Pamiętajmy, iż zakłócanie sygnałów radiowych może wpływać także na inne systemy. Strącony dron musi gdzieś spaść. Używanie broni kinetycznej w pobliżu terminali, pasów startowych, zbiorników paliwa i tysięcy ludzi rodzi kolejne zagrożenia. Dlatego systemy chroniące lotniska przed dronami muszą łączyć wiele różnych metod, a samo znalezienie bezzałogowca nie rozwiązuje problemu.

Problem robi się coraz wyraźniejszy

Niemcy mają przy tym świeże powody, żeby nie traktować każdego drona jako nieszkodliwej zabawki. Na początku sierpnia na lotnisku Lipsk/Halle odnaleziono drona, który według doniesień miał być wyposażony w materiały wybuchowe i zapalnik. Incydent spowodował zamknięcie części lotniska i przekierowania samolotów. Sprawą zajęły się służby bezpieczeństwa.

Nie oznacza to oczywiście, iż za każdym obiektem widzianym przy BER stoi sabotażysta. Niemieckie władze same podkreślają, iż z pojedynczego wykrycia nie da się automatycznie wywnioskować, kto steruje urządzeniem ani dlaczego znalazło się w danym miejscu. Może to być celowe naruszenie przestrzeni, nieodpowiedzialny lot rekreacyjny, pomyłka operatora albo rzeczywista próba rozpoznania czy ataku. Dla kontrolera ruchu różnica pojawia się jednak za późno. Kiedy niezidentyfikowany obiekt znajdzie się przy podejściu do pasa, trzeba zakładać najgorszy rozsądny scenariusz.

System uruchomiony na BER nie ma pozostać jednak wyjątkiem. Niemieckie Ministerstwo Transportu zapowiada dalsze wyposażanie międzynarodowych portów lotniczych w podobne rozwiązania do monitorowania stref startów i lądowań. Część lotnisk już dostała nową technikę. Detektory działają m.in. w Düsseldorfie i Kolonii/Bonn, a kolejne lokalizacje mają być dołączane stopniowo.

Niemcy budują więc coś większego, niż ochronę jednego pechowego lotniska. Chodzi przede wszystkim o stworzenie systemu, w którym pojawienie się małego drona obok pasa rozpoczyna się od konkretnej pozycji obiektu i szybkiego przekazania informacji służbom.

*Źródło zdjęcia wprowadzającego: Radu Daniel, Pexels

Idź do oryginalnego materiału