
Rosyjska rakieta przeleciała setki kilometrów nad Ukrainą i nad ranem spadła na terytorium Polski. Pocisk, który według ukraińskiego MSZ był najprawdopodobniej manewrującym Ch-101, uderzył w pole uprawne na Lubelszczyźnie, pozostawiając po sobie ogromny krater. Tym razem skończyło się bez ofiar, ale zdarzenie po raz kolejny pokazuje, jak blisko wojny prowadzonej przez Rosję znajduje się wschodnia flanka NATO.
Nocny incydent w Tarnawie-Kolonii na Lubelszczyźnie mógł mieć zupełnie inny finał. Rosyjski pocisk, który spadł około 60 km od Lublina, uderzył szczęśliwie w niezamieszkany teren rolniczy. Gdyby zmienił trajektorię lotu o kilka kilometrów, skutki mogłyby być tragiczne. Zdjęcia z miejsca zdarzenia pokazują potężny lej w ziemi, ślad po rakiecie, która jeszcze kilka godzin wcześniej była elementem zmasowanego rosyjskiego ataku na Ukrainę.
Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych poinformowało, iż niezidentyfikowany obiekt został wykryty w polskiej przestrzeni powietrznej około godziny 3:40. Do jego rozpoznania i ewentualnego przechwycenia poderwano polski myśliwiec F-16. Sześć minut później obiekt zniknął z radarów. Dopiero później okazało się, iż najprawdopodobniej był to rosyjski pocisk manewrujący Ch-101 — jedna z najnowocześniejszych rosyjskich rakiet dalekiego zasięgu.
To kolejny przypadek, gdy wojna Rosji przeciwko Ukrainie dosłownie przekracza granice NATO. Pytanie nie brzmi już tylko, czy rosyjskie rakiety mogą pojawić się nad Polską, ale jak skutecznie Sojusz jest przygotowany, aby je wykrywać i neutralizować, zanim zagrożą mieszkańcom państw członkowskich.
Najpierw trzeba zobaczyć rakietę. Obrona zaczyna się od radarów
Zestrzelenie rosyjskiej rakiety nie zaczyna się od wystrzelenia pocisku przeciwrakietowego. Najważniejsze jest jej odpowiednio wczesne wykrycie. Do tego NATO wykorzystuje rozbudowaną sieć radarów naziemnych, samolotów wczesnego ostrzegania oraz satelitów obserwacyjnych. Szczególnie istotną rolę odgrywają samoloty AWACS, wyposażone w ogromne radary umieszczone na kadłubie. Mogą one wykrywać nisko lecące cele z dużo większej odległości niż klasyczne radary naziemne.
Problemem są jednak współczesne pociski manewrujące, takie jak rosyjski Ch-101. Lecą one stosunkowo nisko, często wykorzystują ukształtowanie terenu i mogą zmieniać trasę lotu. To sprawia, iż ich wykrycie jest znacznie trudniejsze niż w przypadku klasycznej rakiety balistycznej poruszającej się po przewidywalnej trajektorii.
Jak strąca się rosyjską rakietę?
Kiedy radar wykryje zagrożenie, system obrony powietrznej musi bardzo gwałtownie zdecydować, czym je zwalczyć. Nie każda rakieta nadaje się do zniszczenia tym samym środkiem. Do walki z dronami używa się często tańszych systemów krótkiego zasięgu, działek przeciwlotniczych albo pocisków kierowanych. W przypadku dużych pocisków manewrujących i balistycznych potrzebne są znacznie bardziej zaawansowane rozwiązania.
Jednym z najbardziej znanych systemów obrony powietrznej NATO jest amerykański Patriot. To właśnie takie baterie są wykorzystywane między innymi do ochrony ukraińskich miast przed rosyjskimi atakami. System Patriot potrafi zwalczać samoloty, pociski manewrujące oraz wybrane rodzaje rakiet balistycznych. Wykorzystuje do tego specjalne pociski przechwytujące, które nie niszczą celu klasycznym trafieniem, ale często uderzają w niego z ogromną energią kinetyczną.
Polska ma obronę powietrzną, ale potrzebuje więcej
Polska od kilku lat intensywnie odbudowuje swoje zdolności obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Najważniejszym elementem jest program Wisła, w ramach którego Wojsko Polskie otrzymuje amerykańskie zestawy Patriot. Pierwsze baterie zostały już przekazane wojsku i osiągnęły gotowość operacyjną.
To jednak tylko jeden element większej układanki. Patriot jest przeznaczony przede wszystkim do ochrony najważniejszych obszarów i obiektów, a nie do stworzenia szczelnej tarczy nad całym krajem. Dlatego Polska rozwija także system krótkiego zasięgu Narew, który ma chronić wojska i infrastrukturę przed samolotami, śmigłowcami, dronami oraz pociskami manewrującymi.
Łącznie systemy Patriot, Narew, Piorun, Poprad czy Pilica+ mają stworzyć wielowarstwową tarczę, która ma chronić polskie miasta, wojsko i kluczową infrastrukturę przed samolotami, rakietami oraz coraz groźniejszymi dronami. Póki co tarcza ta jest cały czas w budowie i musimy poczekać jeszcze kilka lat, zanim będzie ona kompletna. Więcej na temat rakiet przeciwlotniczych Wojska Polskiego przecytacie w tekście: To one mają zatrzymać rakiety i drony nad Polską. Te pociski chronią nasze niebo
Warto dodać, iż podstawą polskiej obrony powietrznej jest rozbudowany system radiolokacyjny, który przez całą dobę monitoruje przestrzeń nad krajem i jego granicami. Za wykrywanie samolotów, śmigłowców, rakiet oraz dronów odpowiadają przede wszystkim wojska radiotechniczne.
W ich skład wchodzą zarówno starsze, modernizowane konstrukcje, jak i najnowsze radary trójwspółrzędne. Jednym z podstawowych systemów pozostają mobilne stacje NUR-15 Odra, które mogą wykrywać i śledzić wiele celów jednocześnie na dużych odległościach. Wykorzystują one anteny z elektronicznym sterowaniem wiązką i są przystosowane do współpracy z systemami dowodzenia obroną powietrzną. Do tego dochodzą polskie radary pasywne PET/PCL
Polska wykorzystuje także radary dalekiego zasięgu, takie jak NUR-12ME, czy radary wczesnego wykrywania (RWW) P-18PL przeznaczone do obserwacji dużych obszarów przestrzeni powietrznej. Ważnym elementem systemu są również radary wysokościowe, które określają pułap lotu wykrytych obiektów, oraz mniejsze mobilne stacje używane do uzupełniania obrazu sytuacji powietrznej.
W ostatnich latach Wojsko Polskie inwestuje w najnowsze radary z aktywnymi antenami AESA, takie jak Soła czy pozyskiwane w ramach programu obrony powietrznej systemy współpracujące z bateriami Patriot i Narew. Ich zadaniem jest nie tylko wykrycie dużych samolotów, ale również coraz trudniejszych do zauważenia celów, takich jak małe drony i nisko lecące pociski manewrujące.
Sojusz Północnoatlantycki dysponuje jedną z najbardziej zaawansowanych sieci obrony powietrznej na świecie, ale nie oznacza to, iż każde rosyjskie zagrożenie można łatwo zatrzymać. Obrona powietrzna zawsze jest grą czasu, informacji i dostępnych środków. Im wcześniej wykryty zostanie pocisk, tym większa szansa na jego zniszczenie.
Incydenty takie jak rosyjskie rakiety lub drony pojawiające się w pobliżu granic NATO pokazują, iż najważniejsze znaczenie ma nie tylko liczba baterii, ale także ich rozmieszczenie, gotowość bojowa i kooperacja między państwami. Polska wzmacnia swoje systemy, ale stworzenie naprawdę skutecznej tarczy wymaga lat inwestycji i ścisłej współpracy całego Sojuszu.
Co robi nasze państwo?
Reakcja polskiego państwa, ale też i NATO, to niestety dramat. I piszę to, jako osoba raczej życzliwie patrząc na obecny rząd i całym sercem popierająca naszą obecność w NATO i Unii Europejskiej.
Przede wszystkim o tym, iż zmasowany, bandycki atak Rosji na Ukrainę nastąpi tej nocy, było wiadomo już dzień wcześniej. Pisał o tym w serwisie X prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełeński. NATO powinno skierować na stałe latający radar, samolot AWACS do Polski, który powinien czuwać nad naszą przestrzenią powietrzną każdej nocy, gdy takie zmasowane ataki są przeprowadzane.
Kolejna sprawa to dyżur myśliwców. Powinny być one w powietrzu wcześniej, a nie czekać na wykrycie pocisku w naszej przestrzeni. Od granicy Rosji z Ukrainą do granicy Polski z Ukrainą jest choćby 1000 km. Wiadomo więc wcześniej, iż rakiety, pociski i drony lecą w naszą stronę. Nie powinniśmy czekać na moment, gdy znajdą się one nad naszym terytorium.
A wreszcie nie jest to pierwszy przypadek. Zaledwie w zeszłym tygodniu rosyjskie drony kilka razy wleciały nad terytorium Rumunii, a zestrzelić je musiał rumuński myśliwiec F-16. Nie pierwszy też raz rosyjski pocisk wleciał na terytorium Polski.
NATO powinno wreszcie tupnąć nogą i powiedzieć, iż skoro bandycka Rosja nie potrafi zapanować nad tym, czym strzela, Sojusz zamyka przestrzeń powietrzną nad Ukrainą od linii Dniepru i rozstawia w wyznaczonych miejscach własne systemy obrony przeciwlotniczej.
Rosja rozumie tylko argument siły i kopniaki. Wszystkie inne nasze gesty są dla nich tylko oznaką słabości. Bandyta Putin cały czas nas testuje, a niestety w tych testach wychodzimy na słabeuszy.
Te same zapewnienia
Najbardziej niepokojące jest to, iż za każdym razem po takim incydencie pojawiają się te same zapewnienia, iż służby analizują sytuację, iż bezpieczeństwo Polski jest priorytetem, iż procedury zadziałały.
Tylko iż bezpieczeństwo państwa nie polega na tym, aby po fakcie przygotować komunikat prasowy.
Obrona powinna działać zanim zagrożenie dotrze nad nasze miasta i wsie. o ile wiemy, iż Rosja przygotowuje kolejne fale ataków na Ukrainę, o ile znamy ich skalę i sposób działania, to musimy być gotowi wcześniej, a nie reagować dopiero wtedy, gdy coś przekroczy naszą granicę.
Nie chodzi tutaj o to, aby Polska sama prowadziła wojnę z Rosją czy podejmowała działania, które mogłyby doprowadzić do eskalacji. Chodzi o coś zupełnie innego, o pokazanie, iż granica NATO nie jest tylko linią na mapie.
Jeżeli rosyjski pocisk lub dron wlatuje w przestrzeń państwa Sojuszu, Moskwa musi mieć absolutną pewność, iż odpowiedź będzie natychmiastowa i zdecydowana. Każdy kolejny przypadek, w którym Kreml może sprawdzać naszą reakcję, tylko zachęca go do kolejnych prowokacji.
Rosja cały czas nas testuje
Problem polega również na tym, iż Rosja od lat prowadzi politykę testowania Zachodu. Sprawdza, jak daleko może się posunąć, ile razy można naruszyć przestrzeń powietrzną, ile razy można grozić, szantażować i prowadzić działania hybrydowe, zanim pojawi się realna odpowiedź.
Każda słaba reakcja jest przez Kreml odczytywana nie jako gest odpowiedzialności, ale jako przyzwolenie na dalsze działania. W świecie, w którym rządzi brutalna siła, samo wyrażanie oburzenia nie wystarczy. Potrzebna jest wiarygodna zdolność odstraszania.
Główna ilustracja: krater po wybuchu rosyjskiej rakiety na terytorium Polski.
















