Dlaczego ludzie jeżdżą ultra?

magazynbike.pl 2 tygodni temu

To pytanie wraca regularnie. Najczęściej po kolejnym wyścigu, po kolejnej relacji, historii o nieprzespanej nocy, gorączce, bólu i łzach gdzieś na środku niczego. I za każdym razem brzmi tak samo niewinnie, jakby odpowiedź była prosta.

A przecież nie jest.

Bo kiedy zaczynasz słuchać opowieści ultrasów, pierwszą reakcją bardzo często nie jest zachwyt, tylko zdziwienie. Czytasz opisy zmęczenia, skrajnego niewyspania, momentów całkowitego załamania. Trudno uznać to za klasyczną definicję przyjemności. Jeden z rozmówców w naszej dyskusji w pewnym momencie trafnie zauważył, iż brzmi to bardziej jak definicja masochizmu niż sportu.

I trudno się z tym całkowicie nie zgodzić.

A rozmawialiśmy w gronie składającym się z: dwóch byłych zawodników XC, wspinacza który odwiedził góry i skałki na kilku kontynentach, miłośniczce koni latającej by się zmęczyć do USA i Maroko i ultraski z międzynarodowymi sukcesami na koncie.

Z drugiej strony niemal każdy, kto kiedykolwiek trenował na poważnie, zna ten rodzaj wysiłku. Ten moment, kiedy cierpienie jest akceptowalne, bo prowadzi do celu. Rekord na podjeździe. Forma na konkretny start. Chęć bycia najlepszym, choćby przez chwilę. Wtedy ból przestaje przeszkadzać, bo ma sens.

Czy problem zaczyna się wtedy, gdy sens przestaje być oczywisty?

Bo jeżeli nie ma wyniku do obrony, nie ma klasyfikacji, nie ma jasnego końca wysiłku, zostaje samo doświadczenie. A ono bywa brutalne. Historie o jeździe z gorączką, o kontynuowaniu mimo kontuzji brzmią dla wielu ludzi jak coś całkowicie niezrozumiałego.

Jedna z osób w naszym gronie powiedziała:

„Słucham tych opowieści i to w ogóle nie brzmi jak przyjemność.”

I to zdanie dobrze oddaje punkt widzenia osób stojących obok, poza ultra.

Bo dla nich przyjemność to spokojna jazda, widoki, zatrzymanie się we właściwym momencie. Granica przebiega tam, gdzie zaczyna się ból utrudniający dalszy ruch. Ultra tę granicę ignoruje – a czasem wręcz ją przesuwa.

Jednocześnie łatwo zapomnieć, iż sport wyczynowy w ogóle nie jest szczególnie zdrowy. Ultra tylko wyciąga tę prawdę na światło dzienne. Obciąża organizm, wystawia psychikę na próbę, wymaga zgody na dyskomfort. W rozmowach często pojawia się metafora organizmu jako mechanizmu zaprojektowanego na określony przebieg – i pytanie, czy ultra nie przyspiesza jego zużycia.

A mimo to ludzie wciąż startują.

Dlaczego?

Jedna z odpowiedzi dotyczy rywalizacji. Nie tej spektakularnej, ale bardzo osobistej. Potrzeby sprawdzania się, przekraczania granic, przesuwania własnych możliwości choćby o kilka procent. Dla niektórych ta potrzeba nie znika nigdy – zmienia się tylko forma.

Inna odpowiedź to przygoda. Ultra prowadzi przez miejsca, których nie zobaczy się w inny sposób. Daje historie, których nie da się zaplanować. Pozwala poznać ludzi, z którymi normalnie nigdy nie przecięłyby się drogi. Ten aspekt bywa równie silną motywacją jak wynik.

Ktoś zwrócił uwagę na jeszcze jedną rzecz:

„Może to po prostu sposób na zapisanie czegoś mocnego w pamięci.”

I w tym zdaniu jest sporo prawdy.

Bo ultra bywa także ucieczką od hałasu codzienności. Wielogodzinna jazda w samotności potrafi zamienić się w coś na kształt medytacji. Moment, w którym wszystko upraszcza się do pedałowania, jedzenia, nawigowania i walki z własnymi myślami. Dla jednych to przerażające, dla innych uzależniające.

Nie bez znaczenia są też predyspozycje. Po pewnym dystansie trening przestaje być decydujący. Zostaje głowa, odporność na dyskomfort i specyficzna umiejętność funkcjonowania w zmęczeniu. Nie każdy to ma – i nie każdy musi.

Może dlatego próby racjonalnego wytłumaczenia ultra tak często kończą się fiaskiem.

Bo z zewnątrz wygląda jak cierpienie bez sensu.

Od środka potrafi być przygodą życia.

Dla jednych to niepotrzebne wyniszczanie organizmu.

Dla innych najbardziej intensywne doświadczenie, jakie daje sport.

I może właśnie w tej sprzeczności kryje się odpowiedź.

Ktoś z grupy podsumował to najprościej:

„Jednocześnie boli i przyciąga.”

I być może dlatego ludzie wciąż jeżdżą ultra

Tekst: Grzegorz Radziwonowski, zdjęcia: Justyna Jarczok

Zobacz także

Atlas Mountain Race. Rozmowa z Justyną Jarczok o samotności, chorobie, rave techno i tygodniu bez prysznica
Idź do oryginalnego materiału