
Deficyt wody, uszczelnione miasta i rowy odprowadzające deszcz. Dołóż do tego suchą wiosnę, a wiatr zacznie podnosić pył i piasek z pól. To będzie prawdziwy kataklizm.
Śnieg, który tej zimy na chwilę pobielił Polskę, nie oznacza, iż możemy odetchnąć z ulgą. Ekohydrolog ostrzega, iż o tym, jak będzie wyglądać wiosna, dopiero zadecydują najbliższe miesiące. jeżeli opady okażą się skromne, a gleba pozostanie przesuszona, silny wiatr może zacząć robić z pól i nieużytków to, co dziś kojarzymy z kadrami z pustynnych regionów.
Zima nie odrobiła wieloletnich zaległości wodnych
Na pierwszy rzut oka zima wygląda o wiele bardziej normalnie niż w ostatnich latach. Pojawił się przecież śnieg, a miejscami utrzymywał się dłużej niż przez jedną noc. To jednak tylko niewielka poprawa. Jak przypomina Sebastian Szklarek z Europejskiego Regionalnego Centrum Ekohydrologii PAN w rozmowie z portalem Nauka w Polsce, deficyt wodny budował się w Polsce przez długie lata, a tegoroczna premia w postaci śniegu jest bardzo skromna.
Opady śniegu były zdecydowanie większe niż w kilku poprzednich zimach, ale wciąż dalekie od tego, co jeszcze 20-30 lat temu uznawaliśmy za normę. Z punktu widzenia zasobów wody oznacza to, iż wchodzimy w kolejną wiosnę bez solidnego, naturalnego magazynu w postaci śniegu, który wolno topnieje i zasila glebę, rzeki oraz wody podziemne.
To, jakie będą warunki hydrologiczne, czyli stan rzek, zbiorników i wilgotności podłoża, w dużej mierze zależy teraz od tego, jak zachowają się opady i temperatury w drugiej połowie zimy i na początku wegetacji.
Sucha gleba, słaba roślinność i silny wiatr. To przepis na piaskową burzę
Szklarek zwraca uwagę, iż najistotniejszy tak naprawdę będzie przełom marca i kwietnia. To moment, kiedy roślinność dopiero startuje, a pola i łąki często wciąż wyglądają jak szaro-brunatne plamy gołej ziemi.
Jeśli do tego czasu nie zdąży się odbudować wilgoć w glebie, a wiosna okaże się sucha, powstaje bardzo niebezpieczna kombinacja:
- przesuszona, lekka warstwa wierzchnia gleby;
- słabo rozwinięta pokrywa roślinna, która nie przytrzymuje podłoża;
- silne wiatry, typowe dla wiosny w naszym klimacie.
W takich warunkach wiatr nie tylko przesuwa liście czy gałęzie. Zaczyna po prostu podrywać z pól cząstki gleby i piasku, tworząc zamiecie, które ograniczają widoczność, niszczą młode rośliny i przenoszą żyzną warstwę ziemi w niekontrolowany sposób. To klasyczny mechanizm tzw. erozji wietrznej, z którym Polska już się mierzyła, choć do tej pory raczej epizodycznie. jeżeli podobne układy pogodowe zaczną się powtarzać, zamiecie piaskowe mogą stać się stałym elementem wiosennego krajobrazu w części kraju.
Beton, rowy i nagła powódź zamiast spokojnego wsiąkania
Ekohydrolog podkreśla, iż sama liczba milimetrów opadu to zdecydowanie za mało, by mówić o bezpieczeństwie wodnym. Istotne jest to, co dzieje się z deszczem i śniegiem, gdy już spadną.
W idealnym scenariuszu znaczna część wody zatrzymuje się tam, gdzie trafiła z chmury – wsiąka w glebę, stopniowo przesiąka w głąb profilu glebowego i do skał, zasilając zarówno wody powierzchniowe, jak i podziemne. Szklarek przypomina, iż choćby około połowy opadów może zostać w ten sposób zmagazynowana, jeżeli struktura podłoża i zagospodarowanie terenu temu sprzyjają.
Rzeczywistość wygląda jednak zgoła inaczej. W miastach gęsta zabudowa, asfalt i kostka brukowa tworzą twardą pokrywę, przez którą woda nie ma jak się przebić. Deszcz spływa po niej jak po dachu, trafiając do kanalizacji, rowów i cieków. Poza miastami sieć melioracyjna i rowy odprowadzające wodę działają jak system przyspieszających rzek – zamiast zatrzymać wodę w krajobrazie, pomagają jej jak najszybciej odpłynąć.
Efekt jest podwójnie niekorzystny. Tam, gdzie wiele strumieni się łączy, rośnie ryzyko gwałtownego wezbrania i lokalnych podtopień. Tymczasem obszary, z których woda została spławiona, pozostają bez zapasu wilgoci na okres bezdeszczowy. Rośliny schną, a każda kolejna sucha fala uderza w nie mocniej.
Dlaczego zatrzymanie wody w glebie ma tak duże znaczenie?
Mniej więcej 70 proc. wody wraca do atmosfery w procesie parowania. Im dłużej utrzymuje się ona płytko pod powierzchnią gruntu, w kałużach i płytkich zbiornikach, tym łatwiej ulatuje z powrotem jako para wodna.
Właśnie dlatego tak ważne jest, by woda mogła wsiąknąć głębiej – w strefę, gdzie jest lepiej osłonięta przed słońcem i wiatrem. Gdy deszczówka zostaje zatrzymana w glebie, działa jak naturalny akumulator: powoli oddaje wilgoć korzeniom roślin i stopniowo zasila wody podziemne.
To właśnie z takiego myślenia wyrasta apel ekohydrologa o działania zatrzymujące wodę z deszczu i śniegu – od małej retencji w krajobrazie, przez mniej agresywną meliorację, po odchodzenie od betonowania każdej wolnej powierzchni. Bez tego, choćby przy pozornie niezłych sumach opadów, będziemy żyli w kraju, w którym gleba raz tonie w błocie, a raz zamienia się w pylącą skorupę.
Susze w rzekach i pod naszymi stopami
Kiedy mówimy o suszy, zwykle myślimy o wyschniętych korytach rzek, pustych zbiornikach czy zdechłych rybach. To obraz suszy hydrologicznej – stanu, w którym poziom wód powierzchniowych przez dłuższy czas utrzymuje się poniżej średniej z ostatnich co najmniej 30 lat.
Jest jednak jeszcze drugi, mniej widoczny wymiar problemu, a mianowicie susza hydrogeologiczna. Dotyczy ona wód podziemnych, czyli tego, co dzieje się w warstwach wodonośnych, z których czerpiemy wodę w studniach i ujęciach komunalnych. Szklarek przypomina, iż w północno-wschodniej Polsce obniżony poziom wód podziemnych utrzymuje się od około 2 lat. To sygnał, iż głębsze magazyny również są przegrzane z deficytem.
Ekspert podkreśla, iż praktycznie co roku w jakimś regionie kraju występuje susza hydrologiczna lub hydrogeologiczna. To już nie wyjątek, ale powtarzający się wzorzec, na który nakładają się coraz cieplejsze sezony i bardziej kapryśne opady. W takim układzie każda sucha wiosna działa jak kolejny cios – osłabia roślinność, odsłania glebę i ułatwia wiatrowi zamienianie pól w ruchome chmury pyłu.
Możemy uniknąć polskiej burzy piaskowej, ale czasu jest mało
Scenariusz wiosennych zamieci piaskowych nie jest fatum zapisanym w prognozie na najbliższe miesiące. To raczej ostrzeżenie, iż przy obecnym deficycie wody i sposobie gospodarowania przestrzenią choćby typowo wietrzna, lekko sucha wiosna może stać się zapalnikiem nowego typu zjawisk, których do tej pory w Polsce doświadczyliśmy rzadko.
To, czy polska burza piaskowa stanie się naszą codziennością, zależy nie tylko od tego, ile spadnie śniegu i deszczu, ale przede wszystkim od tego, jak tę wodę traktujemy. Czy pozwolimy jej wsiąkać i zasilać gleby oraz wody podziemne, czy dalej będziemy ją jak najszybciej odprowadzać do rzek i morza.
Jeśli nic się nie zmieni, to sucha wiosna może w kolejnych latach oznaczać nie tylko spękaną ziemię i niskie stany rzek, ale także brunatne chmury pyłu nad drogami i polami. A to już nie będzie ciekawostka pogodowa, tylko kolejny sygnał, iż klimat i gospodarka wodna wystawiają nam bardzo konkretny rachunek.
*Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI












