Atomowe okręty rdzewieją w portach. „Prawdziwa katastrofa”

konto.spidersweb.pl 53 minut temu

Amerykańskie atomowe okręty podwodne miały być jedną z najpewniejszych przewag USA nad Chinami. Problem w tym, iż zbyt wiele z nich nie patroluje oceanów, tylko stoi w portach, czeka na remonty albo tkwi w przeciążonych stoczniach.

Atomowy okręt podwodny nie jest zwykłym okrętem, który można łatwo zastąpić inną jednostką. Uderzeniowe okręty podwodne, określane skrótem SSN, są jedną z najcenniejszych klas broni w arsenale USA. Mogą działać skrycie przez długi czas, śledzić okręty przeciwnika, zwalczać inne jednostki podwodne, prowadzić rozpoznanie, wspierać operacje specjalne i odpalać pociski manewrujące.

Ich największą zaletą jest to, iż trudno je wykryć. W potencjalnym konflikcie z Chinami właśnie takie jednostki mogłyby mieć największe znaczenie, bo potrafią działać w środowisku, w którym lotniskowce i duże okręty nawodne są narażone na rakiety, drony, satelity i systemy rozpoznania. Okręt podwodny przez cały czas pozostaje narzędziem do wejścia tam, gdzie przeciwnik chciałby wszystkich zablokować.

Tyle iż przewaga działa tylko wtedy, gdy okręty mogą wyjść w morze. Według danych przywoływanych przez National Security Journal blisko 40 proc. uderzeniowych atomowych okrętów podwodnych US Navy jest wyłączonych z normalnej gotowości przez remonty, oczekiwanie na prace stoczniowe albo przeciągające się naprawy. Najczęściej wskazywana liczba to 18 z 49 jednostek.

Remonty stały się po prostu wąskim gardłem potęgi morskiej

Kryzys nie bierze się z jednej awarii ani jednej złej decyzji. To efekt nakładających się problemów: zbyt małej przepustowości stoczni, braków kadrowych, starzejących się jednostek, złożoności atomowego napędu i przeciążenia całego systemu remontowego.

Okręt podwodny z reaktorem jądrowym nie może być naprawiany w dowolnym zakładzie. Wymaga wyspecjalizowanej infrastruktury, certyfikowanych pracowników, procedur bezpieczeństwa i suchego doku dostępnego we właściwym czasie. jeżeli taki dok jest zajęty, okręt może czekać miesiącami, a choćby latami. W tym czasie przez cały czas pochłania pieniądze, wymaga załogi i obsługi, ale nie zapewnia pełnej wartości bojowej.

To właśnie dlatego problem jest dla Stanów Zjednoczonych aż tak kosztowny. Gdy jednostka stoi bezczynnie, marynarka nie przestaje za nią płacić. Trzeba utrzymywać ludzi, systemy, nadzór techniczny, reaktor, ochronę i całą logistykę. Pieniądze idą więc nie tylko na remonty, ale także na utrzymywanie okrętów, które nie wykonują zadań operacyjnych.

US Navy od lat próbuje zwiększać moce remontowe i modernizować publiczne stocznie, ale tempo poprawy nie nadąża za skalą potrzeb. Stare jednostki wymagają coraz więcej pracy, nowe okręty klasy Virginia też nie są oddawane w idealnym rytmie, a do tego dochodzi budowa strategicznych okrętów klasy Columbia, które mają absolutny priorytet, bo są częścią amerykańskiego odstraszania nuklearnego.

Koronnym przykładem porażki systemu jest USS Boise

Najbardziej wymownym symbolem problemu stał się USS Boise, okręt podwodny klasy Los Angeles. To jednostka, która przez lata była przykładem siły US Navy, ale później sama zamieniła się w przykład remontowej zapaści. Okręt zakończył ostatni patrol w 2015 r., a w 2017 r. utracił certyfikację do zanurzania. Od tego czasu nie wrócił do normalnej służby.

Planowany remont miał przywrócić jednostkę do życia, ale stał się coraz droższy i coraz mniej opłacalny. Po wydaniu ok. 800 mln dol prace miały być wykonane w mniej niż 25 proc., a całkowity koszt doprowadzenia okrętu do końca remontu urósł do poziomu zbliżającego się do ceny nowej jednostki. W takiej sytuacji marynarka zdecydowała się po prostu przerwać prace.

To nie jest jednak tylko historia jednego okrętu. USS Boise pokazuje, co się dzieje, gdy remont zostanie odłożony zbyt długo, a system nie ma rezerw. Jednostka starzeje się przy nabrzeżu, zakres prac rośnie, części stają się trudniejsze do zdobycia, a koszt przestaje mieć sens. W pewnym momencie trzeba uznać, iż dalsze pompowanie pieniędzy nie przywróci rzeczywistej przewagi.

USS Connecticut utknął po podwodnej kolizji

Drugim głośnym przykładem jest USS Connecticut, jeden z trzech okrętów klasy Seawolf. To szczególnie cenna jednostka, bo Seawolf powstał jako wyjątkowo zaawansowana i kosztowna klasa okrętów podwodnych z końca zimnej wojny.

USS Connecticut w 2021 r. uderzył w niezmapowaną podwodną górę na Morzu Południowochińskim. Uszkodzenia były poważne i objęły m.in. część dziobową oraz elementy związane z sonarem. Problem polega na tym, iż w przypadku tak rzadkiej klasy okrętów naprawa nie jest szybkim zamówieniem części z magazynu. Niektóre komponenty trzeba odtwarzać, projektować albo produkować na nowo.

Chiny budują, gdy USA nieudolnie naprawiają

Kryzys remontowy nie dzieje się w spokojnym strategicznie momencie. Chiny rozbudowują marynarkę wojenną, zwiększają produkcję okrętów i rozwijają własne zdolności podwodne. choćby jeżeli amerykańskie jednostki pozostają technologicznie bardzo zaawansowane, liczby zaczynają mieć znaczenie.

USA nie muszą mieć tylu okrętów co Chiny, żeby zachować przewagę. Amerykańska doktryna od dawna opiera się na jakości, wyszkoleniu, globalnej logistyce i umiejętności działania daleko od własnych brzegów. Problem zaczyna się wtedy, gdy zaawansowane jednostki nie są dostępne w wystarczającej liczbie, bo stoją w remontach.

Oznacza to większe obciążenie dla okrętów, które są sprawne. Pływają dłużej, intensywniej wykonują zadania i szybciej się zużywają. To nakręca błędne koło, bo im większa presja na gotowe jednostki, tym większa potrzeba późniejszych remontów. Marynarka próbuje w ten sposób łatać bieżące potrzeby kosztem przyszłej gotowości.

Do tego dochodzi AUKUS, czyli porozumienie USA, Wielkiej Brytanii i Australii. W jego ramach Australia ma docelowo wejść w świat okrętów podwodnych z napędem jądrowym, a jednym z elementów planu jest możliwość sprzedaży Australii 3 do 5 amerykańskich okrętów klasy Virginia. To politycznie ważne, ale przemysłowo trudne, bo USA same mają problem z osiągnięciem tempa produkcji potrzebnego do własnych planów.

Problem nie dotyczy tylko okrętów, ale tak naprawdę całego przemysłu

Kryzys podwodny US Navy jest tak naprawdę tylko częścią szerszego kłopotu amerykańskiego przemysłu stoczniowego. Budowa i remont atomowych okrętów podwodnych to jedna z najbardziej złożonych dziedzin przemysłu obronnego. Wymaga tysięcy wyspecjalizowanych dostawców, stoczni zdolnych do pracy z napędem jądrowym, doświadczonych spawaczy, inżynierów, planistów, elektryków i specjalistów od systemów bojowych.

Takich ludzi nie da się wyszkolić w kilka tygodni. jeżeli przez lata przemysł działał w wolniejszym rytmie, a część pracowników odeszła po prostu na emeryturę, to odbudowa zdolności musi trwać swoje. Problemem są również dostawcy. Wiele elementów powstaje w wąskiej grupie firm, a część z nich jest jedynym producentem danego komponentu. jeżeli tam pojawi się opóźnienie, cały harmonogram zaczyna się walić.

Samo zwiększenie budżetu nie rozwiązuje automatycznie sprawy. Można zamówić więcej okrętów, ale jeżeli stocznie nie mają ludzi, doków, części i dostawców, pieniądze zamieniają się w kolejkę, a nie w gotowe jednostki. US Navy musi więc jednocześnie budować nowe okręty, remontować stare, modernizować stocznie i pilnować strategicznego programu Columbia. Każdy z tych priorytetów jest ważny, ale razem tworzą obciążenie, którego system nie jest w stanie łatwo udźwignąć.

BuyboxFast
Idź do oryginalnego materiału