Atlas Mountain Race. Rozmowa z Justyną Jarczok o samotności, chorobie, rave techno i tygodniu bez prysznica

magazynbike.pl 1 dzień temu

Atlas Mountain Race nie jest wyścigiem, który się „jedzie”. To wyścig, który się przeżywa. Pomiędzy startem w Beni Mellal a metą nad Atlantykiem w Essaouirze jest ponad 1400 kilometrów szutrów, górskich ścieżek, zapomnianych kolonialnych dróg i odcinków, gdzie cywilizacja znika na wiele godzin. Ponad 25 tysięcy metrów przewyższenia, ogromne odległości między punktami z jedzeniem, brak wsparcia i zegar, który nie zatrzymuje się ani na chwilę.

Z Justyną Jarczok rozmawiamy bez filtrów — o motywacji, szybkim wejściu w świat ultra, samotności, sprzęcie, chorobie na trasie, jedzeniu z puszek i o tym, dlaczego czasami najlepszą playlistą na pustyni jest rave techno.

BIKE: Pamiętasz kiedy pierwszy raz usłyszałeś o Atlas Mountain Race?

Justyna Jarczok: Nie, nie wydaje mi się. Wiem, iż na pewno był reklamowany jako ultra trudny do ukończenia. Jeden z najtrudniejszych na świecie. Odległe góry Atlasu, pustynie i te sprawy.

BIKE: W takim razie, co spowodowało, iż pomyślałaś, iż chcesz tam jechać?

Justyna Jarczok: Głównie chęć odwiedzenia Maroka — myślę, iż to był pierwszy taki punkt odniesienia. Drugi był taki, iż jest to znany wyścig w świecie ultra. Samo ukończenie często jest wyznacznikiem — po prostu jakby istnienia w tym świecie ultra na troszkę wyższym poziomie. A bycie w czołówce to już tym bardziej. Jest to taka przepustka.

BIKE: A nie pomyślałaś, iż to jest dla ciebie za trudne?

Justyna Jarczok: Nie, nie miałam takiej myśli choćby przez chwilę. Wiedziałam, iż ukończę ten wyścig, nieważne co by się stało. Taki był mój cel, zwłaszcza iż robię całą serię Mountain Race Series. Wiedziałam, iż dojadę do tej mety, nieważne co się stanie. I tak zrobiłam.

BIKE: Dwa i pół roku temu byłaś dziewczyną w za dużym Romecie, w ciuchach z Decathlonu. Czy już wtedy wiedziałaś, iż będziesz ultraską? Kiedy to się stało dla ciebie oczywiste, iż ultra to jest twój temat?

Justyna Jarczok: Ja lubię próbować wszystkiego po trochu. W zeszłym sezonie też próbowałam szosy — nie siadła mi. Więc posunęłam się dalej, tak samo jak z enduro. Ultra zaczęło się tak naprawdę od Race Through Poland w 2024 jako pierwszego mojego wyścigu ultra — który był tylko w koncepcji „chcę ukończyć” — i też go tak jechałam, śpiąc 8 godzin dziennie i przyjeżdżając z tyłu stawki. Ale myślę, iż przełomowy stał się wyścig w Norwegii — The Bright Midnight, który wygrałam wśród kobiet i zajęłam dość wysoką lokatę open. I to był jakby ta lampka, iż to jest to, co mi się podoba i iż to jest ta moja dziedzina, w której chcę się realizować. Która umożliwia pokazanie moich wielu mocnych stron — nie tylko tych fizycznych, ale i psychicznych.

BIKE: To są bardzo długie wyścigi — nie nudzisz się?

Justyna Jarczok: Nie, gdybym się nudziła, to bym w ogóle się nie decydowała na takie wyścigi. Bo jesteś w nowym kraju, jesteś w nowych miejscach, sam na sam ze sobą, ze swoimi problemami, ze swoją głową. Wiadomo, iż na różnych etapach wyścigu mam też różne zachcianki. Czasem jest to po prostu jazda w ciszy, robienie zdjęć. Czasem słuchanie muzyki, podcastów. A czasem po prostu rozmowa z innymi zawodnikami na pit stopie, nad kubkiem kawy i jedzeniem omletu bez soli.

BIKE: A nie czujesz się samotna? Na takich dystansach jedziesz głównie sama.

Justyna Jarczok: Będąc świadomą osobą tego, na co się decyduję i z czym się wiąże ultra – to jest mój własny wybór i wielokrotnie to podkreślam, iż ja to po prostu lubię. Lubię być sama na rowerze przez sześć dni w górach. Po prostu czerpię z tego satysfakcję. Ale to jest inny rodzaj samotności, która pozwala czasem dojrzeć do wielu decyzji w trakcie jazdy – i przełożyć te tygodnie na życie codzienne. Więc nie, to nie jest samotność z definicji książkowej.

BIKE: Jak wcześnie przed wyścigiem zaczynasz się przygotowywać pod względem wyposażenia?

Justyna Jarczok: Każdy wyścig to lekcja na kolejne wyścigi. Im więcej tych wyścigów się ukończyło, tym większe doświadczenie się ma. Ja to doświadczenie uważam, iż mam bardzo małe na moim aktualnym poziomie. Staram się też inspirować innymi, podpatrywać różne rozwiązania – czy to na Instagramie, czy na YouTubie. Więc to jest taka niekończąca się nauka. Zawsze się da lepiej, zawsze się da szybciej. Sprzęt, który używam, jest sprzętem mojego wyboru – wiadomo, iż jestem sponsorowana w niektórych zakresach, ale to też jest sponsoring, na który ja się zdecydowałam.

BIKE: Co jest ważniejsze – sprzęt czy głowa?

Justyna Jarczok: Myślę, iż przygotowanie całościowe. Głową nie da się zajechać do samej mety — jednak ciało musi też nadążać. Nogi muszą pedałować przez te ponad 12 godzin dziennie. Więc myślę, iż wszystkiego po trochu. Ja jestem tej kategorii, która uważa, iż sprzęt to tak naprawdę ostatnia ważna rzecz. Nie ma znaczenia, czy jedziesz na rowerze 15 kg czy 20 kg – na takim dystansie, przy takiej ilości przewyższeń, na pewnym etapie to po prostu nie gra roli.

BIKE: Atlas Mountain Race przez długi czas funkcjonował jako wyścig gravelowy, ale w tym roku 90% osób startowało na MTB. Co tu się stało?

Justyna Jarczok: Po przejechaniu tej trasy powiem tak – żebym ja pojechała ten wyścig gravelem to musiałby mi ktoś z góry zapłacić. Przede wszystkim moim plecom i rękom. To nie jest trasa gravelowa, to jest wymagająca trasa górska mająca wiele technicznych zjazdów i podjazdów. Wiadomo, iż w tym roku po zmianie trasy pierwsze 350 km to był asfalt i dało się to przejechać gravelowo. Ale uważam, iż patrząc na to, iż ja na rowerze full suspension wykorzystałam całe zawieszenie 130 na 120 mm i nie schodziłam żadnego podjazdu – to zawieszenie na tej trasie jak najbardziej jest wskazane.

BIKE: Ty jechałaś na fullu, dużo ludzi jechało na hardtailach. Jaki byłby Twoim zdaniem najlepszy rower na tę trasę?

Justyna Jarczok: Główny argument ludzi, którzy mieli hardtaila, był taki, iż mieliby problem spakować się do fulla. Jest to prawda — ja miałam na szczęście taką możliwość, iż miałam mało sprzętu. Poszłam troszkę w minimalizm. Miałam też customowy framebag, w którym naprawdę dużo się mieściło. Więc ten problem spakowania się do roweru full suspension u mnie nie istniał. Więc wybrałam zdecydowanie większy komfort.

BIKE: Jesteś pierwszą zawodniczką z Polski, a z tego co widziałem – z Europy w Kona Test Team. Jak do tego doszło?

Justyna Jarczok: Doszło do tego przypadkiem. Pół roku temu na bikepacking.com był artykuł, w którym Kona zachęcała do zgłoszenia się do teamu – szukali zawodników, głównie młodszych. Znajomy Łukasz podesłał mi link, za co mu serdecznie dziękuję po raz setny. Ja dałam się przekonać dopiero za trzecim razem, żeby może wysłać i spróbować swoich sił. Jak do tego doszło – nie wiem. Ale jestem w teamie i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa i dumna.

BIKE: Masz kontakt z innymi zawodnikami z teamu?

Justyna Jarczok: Mam kontakt z innymi zawodnikami. Jest to młoda ekipa, praktycznie głównie zza oceanu. Chociaż mam nadzieję, iż się spotkamy kiedyś na trailach. Dzielimy wspólne pasje – nieważne, czy to są dyscypliny grawitacyjne, czy ultra. Jestem takim małym rodzynkiem, ale to fajnie.

BIKE: Jeździsz na gravelu, szosie, MTB. Czy robi Ci różnicę, na jakim rowerze jeździsz?

Justyna Jarczok: Tak, bo są style jazdy i prędkości, które sprawiają mi więcej przyjemności. Kto ze mną jeździł, wie, iż ja bardzo lubię dynamiczną jazdę. Lubię jak coś się dzieje, stąd też czasem enduro w tle. Szosa – myślę, iż to tak bardziej treningowo aktualnie. Nie jest to moje „cup of tea”. Ale grawelek – dalej myślę, iż w tym roku jak się uda wcisnąć do jakiegoś wyścigu szybki gravel racing wpadnie, bo to dużo endorfin mi przynosi.

BIKE: Widzisz, iż ta Twoja uniwersalność – jeżdżenie na różnych rowerach – to jest zaleta?

Justyna Jarczok: Oczywiście. W taki sposób, iż potem wymijam wszystkich na zjazdach.

BIKE: Wracamy do Atlas Mountain Race. Czy trasa jest tak trudna, jak ludzie mówią?

Justyna Jarczok: Ja jestem strasznie nieobiektywna w tym temacie, ponieważ przejechałam 4 dni z 6 będąc chora – zaczynając od drugiego dnia gorączką – i nie miałam jakichś większych problemów. Inna sprawa jest taka, iż ja do wyścigu przygotowywałam się od zimy, trenując regularnie – i to siłowo, i na trenażerze, i na zewnątrz. Uważam, iż jeżeli ktoś myśli o tym, żeby ten wyścig przejechać – powinien się przygotować na tyle, na ile jest w stanie, ale nie rozmyślać za bardzo nad jego trudnością. Bo da się ten wyścig przejechać na spokojnie w limicie czasowym.

BIKE: Da się przygotować do jechania 1500 km non stop? Czy twój trening to na przykład treningi po 10 godzin?

Justyna Jarczok: Oczywiście, iż do każdego ultra da się przygotować. Moje treningi to treningi od godziny do 4 godzin, często przeplatane też dodatkowym bieganiem czy podnoszeniem różnych dziwnych ciężarów na siłowni. Rozwijamy strefę Z1, Z2 – tak zwany endurance. Wyścig ultra nie jedziemy wyżej niż w strefie Z3. Więc tutaj jest ta niezmienna jazda i trzymanie tętna na rozsądnych granicach, które sprawia, iż można tyle godzin jechać bez przerwy.

BIKE: Masz trenera?

Justyna Jarczok: Nie mam trenera.

BIKE: Tylko rower czy trenujesz inne rzeczy?

Justyna Jarczok: Granie na nerwach. Nie, nie trenuję innych rzeczy. Czasem mam dni, iż myślę o powrocie do judo. Jest to taka moja pasja z dzieciństwa, która została nagle urwana ze względu na brak możliwości dojeżdżania do większego miasta na treningi. Myślę, iż wrócę do tego pewnego dnia, bo dużo o tym ostatnio myślę.

BIKE: Ile przeszłaś, a ile przejechałaś z tych 1500 km?

Justyna Jarczok: Moje buty wskazywały, iż przeszłam jakieś 500 km, chociaż w rzeczywistości przeszłam może max 15-20 km.

BIKE: Czy masz playlistę, którą mogłabyś polecić komuś, kto chciałby spróbować ultra?

Justyna Jarczok: Ja na tym wyścigu sama siebie nie poznawałam, bo w moich słuchawkach brzmiało rave techno. Myślę, iż różne playlisty na różne momenty dnia i momenty wyścigu to jest rozwiązanie bardziej uniwersalne niż szukanie jednej sprawdzonej playlisty.

BIKE: Czy masz mantrę, która Cię uspokaja?

Justyna Jarczok: Uspokaja? Uspokajająca jest taka rzecz, iż każdy ma dołki – i to tylko i wyłącznie od nas zależy, jak sobie z nimi poradzimy. I iż ta wytrwałość to jest naprawdę mocna strona, którą należy rozwijać każdego dnia i która później procentuje w trakcie takiego wyścigu.

BIKE: Tydzień na rowerze – co ze zmianą ciuchów czy myciem się?

Justyna Jarczok: Nie myłam się przez 7 dni, mimo iż miałam taką możliwość na punktach kontrolnych czy w hotelach. Ja lubię taką wyścigową opcję – śpię po krzakach, nie myję się. Ale to nie jest tak, iż nie myślę o higienie osobistej, bo to jest wszystko według harmonogramu. Mycie zębów co 12 godzin, wycieranie się chusteczkami nawilżanymi dla dzieci, bo nie zawierają żadnych dodatkowych składników chemicznych i nie podrażniają. No i aplikacja kremu – to jest coś, co sprawdziłam i co sprawia, iż nie mam problemów z saddle sore.

BIKE: Co jadłaś przez ten tydzień? Trudno zabrać na cały tydzień jedzenie ze sobą.

Justyna Jarczok: Moje jedzenie, które zabrałam, skończyło się po trzecim dniu, mimo iż miałam je rozplanowane na 5 dni. Wynikło to z tego, iż w pewnym momencie zawaliłam z pit stopem i zamiast jeść sklepowe jedzenie, żywiłam się żelami. Klasyczne jedzenie składało się z omletów z dwóch jajek bez soli i pieprzu, smażonych na oleju roślinnym, herbacie z wieloma kostkami cukru – zwykle między 6 a 8 – kawałku chleba w formie placka. Luksusem były dodatki w stylu krem orzechowy albo dżem, co na całej trasie zdarzyło się dwa razy. Zjadłam choćby spaghetti bolognese na CP3. Sprawdziły się też ryby w puszce, herbatniki, ciasteczka i jogurty, które trzeba było gwałtownie zjeść ze względu na upał sięgający momentami pod 30-35 stopni.

BIKE: Maroko jest dla nas egzotyczne, a jednocześnie internet i cywilizacja są już wszędzie. Czy ta egzotyka przez cały czas istnieje?

Justyna Jarczok: Na trasie istniała, tak. Czasami się wjeżdżało do takiej miejscowości, gdzie miało się wrażenie, iż wszyscy mieszkańcy są na ulicy gotowi cię przywitać. A były inne miejscowości, gdzie po prostu się wjeżdżało i widziało, jak w barze ludzie piją kawę i oglądają mecz piłki nożnej w TV. Więc tutaj jest bardzo duża różnorodność w zależności od fragmentu trasy.

BIKE: Widziałem, iż spałaś gdzieś na poboczu, zwinięta w śpiwór. Nie miałaś problemu z zasypianiem w takich warunkach?

Justyna Jarczok: Nie. Byłam pytana kilka razy, czy się nie boję spania jako “samotna kobieta” w takich warunkach. Nie, nigdy nie miałam problemu. Spałam w różnych krajach, w różnych miejscach, w różnych warunkach. W Maroku czekałam kilka minut bardziej w koncepcji dzikich psów, które mogły się gdzieś szwendać w okolicy. Ale po takiej ilości jazdy zwykle ułożenie się i zaśnięcie nie trwało dłużej niż 5 minut.

BIKE: Czy miałaś chwilę zwątpienia? Czy chciałaś się wycofać?

Justyna Jarczok: Wyścig był dla mnie mocno psychiczny, ze względu na to, iż jednak cel wyścigowy zakładał jazdę z przodu i mierzenie na podium kobiece. Ta gorączka troszkę mnie wyłączyła z gry. Bardzo zwolniłam, wzięłam wcześniej nocleg, wzięłam leki i obserwowałam co się dzieje. Na CP1 byłam za setnym miejscem. Więc już tam miałam takie myśli z gatunku „no to po co dalej jechać”. Ale uznałam po takiej rozmowie z samą sobą, iż pojadę tą trasę i ukończę ją we własnym tempie. Bo nie po to tu przyjechałam, żeby takie błahe problemy mnie skreślały z listy. A życie pisze różne scenariusze. Dzięki temu miałam możliwość czerpać większą euforia z jazdy i zyskałam przyjaźnie na życie podczas tego wyścigu.

BIKE: Finalnie siódme miejsce wśród pań. Jednocześnie ponad 50% osób się wycofało. Jest apetyt na więcej? Jaki kolejny start?

Justyna Jarczok: Jak wspominałam — cały Mountain Race Series, czyli Hellenic, Silk i Taurus. Po drodze za sześć tygodni startuję w Wielkiej Brytanii na Dales Divide — 600 km, 8000 m w pionie — taka etapówka bez spania. Startuję na MTB, na full suspension. I pewnie po drodze się coś jeszcze wypluje, bo jak to ja — nie za bardzo jestem w stanie usiedzieć w miejscu.

Zdjęcia: Justyna Jarczok, rozmawiał Grzegorz Radziwonowski

Idź do oryginalnego materiału